Nie umiem pisać nekrologów ni epitafiów. Nie lubię patosu, nie lubię wielkich słów. A przecież jestem Mu to winien. Prof. Jan Oderfeld zmarł dziś w swoim mieszkaniu w Warszawie. Miesiąc temu skończył 102 lata.
Nie będę opisywał Jego 80-letniej kariery w przemyśle lotniczym i polskiej nauce. Nieco szczegółów znajdziecie w Wikipedii, trochę też tutaj oraz tutaj. Nie tym mi imponował, nie tym przede wszystkim.
Na dobre zaistniał w mojej świadomości w połowie lat 60. zeszłego stulecia. Gdy jako sześciolatek samotnie przeżywałem katusze braku samodzielności w internacie w Rabce, dostałem od Niego kartkę pocztową, na której pewną ręką narysował MiGa-15. Pokochałem tę kartkę i nawet ten samolot.
Wiem, że pomoc Profesora wiele znaczyła dla rozwoju naukowego mojej Matki. Sam studiowałem na wydziale, na którym wykładał, ale nie miałem z Nim zajęć prócz kilku zastępstw. Był przyjacielem gotowym poratować dobrym słowem w każdej chwili. Matkę, mnie, gdy byłem dzieciakiem, a w ostatnich latach - mojego syna. Młody też ma gdzieś tam schowane rysunki Profesora.
To dzień symboliczny, ale nie smutny. Profesor od pewnego czasu mawiał, że tak długie życie to niezasłużona kara. Ostatnio bardzo cierpiał. Tam, gdzie jest teraz, na pewno wie, że mnóstwo ludzi na tej Ziemi zachowa Go w bardzo ciepłych wspomnieniach.









W latach 80-tych poznałem w Londynie jednego z przedstawicieli, wuja Stacha, mojej żony. Przed wojną pracował w jakimś instytucie lotnictwa, wspominał podróże do Paryża wraz z żoną, na salon lotniczy w Le Burget. Budował dom w Warszawie, oczywiście gdzieś w okolicy Okęcia.
Niestety w wyniku wybuchu wojny znalazł się w Anglii.
Tam latał w dywizjonie 309. Gdy go poznałem był już oczywiście na emeryturze, ale nadal zajmował się tłumaczeniem technicznych publikacji, z rosyjskiego na angielski.
Jakby ta Polska inaczej wyglądała, gdyby nie wojna.